your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Grzeszne radości: Victor Frankenstein

O Victorze Frankensteinie przypomniałam sobie niedługo po seansie Assassin's Creed - zadufanego w sobie gniota, cynicznie wykorzystującego pierwszorzędną obsadę jako parawan dla swoich licznych słabości. Victor jest również filmem złym, jednak w moim sercu zajmuje miejsce niedostępne smutnym chałom o asasynach i templariuszach. Tak, nowy film o Frankensteinie to badziewie, ale badziewie z werwą, po brzegi pełne radosnej aktorskiej szarży. Nie sposób żałować pieniędzy wydanych na tak wyrafinowaną przyjemność.

W czasach postprawdy wierne ekranizacje książek to rzecz dla słabych, więc i film McGuigana ma posmak mocno rewizjonistyczny, żeby nie powiedzieć kpiarski. Bohaterem jest tu Igor - słynny garbaty służący Frankensteina, którego zresztą próżno szukać w literackim pierwowzorze. A nawet i ten nieszczęsny garb nie utrzymuje się długo, wyleczony tyleż niespodziewanie, co brutalnie, przez tytułowego szalonego naukowca.

Teraz, gdy miłośnicy książki lub nawet klasycznych filmów uciekli już z krzykiem i zostaliśmy we własnym towarzystwie, możemy zacząć od początku.

Nieszczęsny zdeformowany Igor, wystawiany w objazdowym cyrku jako dziwadło, zostaje uwolniony przez nieznajomego, który dostrzega jego smykałkę do anatomii i medycyny. Wkrótce okazuje się, że nasz bohater wpadł z deszczu pod rynnę. Wybawiciel okazuje się naukowcem-odszczepieńcem, który potrzebuje jego pomocy przy konstrukcji sztucznego żywego organizmu. Igor decyduje się pomóc, gdyż po pierwsze jest wdzięczny za ratunek (i sztuczkę ze znikającym garbem), po drugie nie bardzo ma dokąd pójść, po trzecie zaś - poszukuje go policja. Tak powstaje nowa wersja jednego z najdyskretniejszych duetów w historii kina - Victor Frankenstein (on to bowiem jest wspomnianym naukowcem) i Igor - której przeznaczony jest nieznany, ale z pewnością apokaliptyczny los.


Victor Frankenstein to jeden z tych filmów, które balansują na cienkiej granicy między dziarską, bezpretensjonalną rozrywką a strasznym bałaganem, i które uznają po pewnym czasie, że wolą jednak bałagan. Główny wątek związany z tworzeniem potwora (i motywacją, która za tym stoi) wzbogacony zostaje o historię miłosną oraz o motyw nabożnego detektywa, który za punkt honoru stawia sobie ujęcie Frankensteina, burzyciela naturalnego porządku. A jest przecież jeszcze blond arystokrata, sponsorujący badania naukowca z widocznym zamiarem niecnego wykorzystania ich wyników. Wszystkie te rzeczy mogłyby mieć swoje miejsce w opowieści, gdyby tylko zostawić im więcej miejsca, by mogły się odpowiednio rozwinąć. Szczególnie żal mi postaci inspektora Turpina, figury lovecraftiańskiej, która wraz z postępem śledztwa zdaje się zstępować do własnego małego piekła, pełnego krzyku i szaleństwa. Cóż, nie da się zjeść wszystkich pięciu ciastek naraz.

Te fabularne błyskotki to zresztą jedynie puste kalorie - osią filmu jest bowiem bromance, który nie tylko działa, ale wręcz trzyma to wszystko w jakiej takiej kupie, pomimo, że tak naprawdę nie wiadomo, skąd się właściwie wziął. Relacje Igor/Wiktor propagowane w filmowej tradycji zwykle nie wykraczały poza standardowe stosunki pana i chama. Konwencji tej trzymały się także pastisze, włącznie ze wspaniałym Młodym Frankensteinem. Tu sytuacja przedstawia się całkowicie inaczej. Obaj bohaterowie są życiowymi rozbitkami, którzy, pomimo ewidentnej toksyczności nawiązanej relacji, mogą pomóc sobie nawzajem.

Kluczem do (relatywnego) powodzenia filmu okazał się dobór odtwórców głównych ról - zdolnych, nie bojących się wyzwań i doskonale bawiących się na planie. McAvoy, zawsze skłonny do aktorskiej szarży, tutaj odpuszcza wszelkie hamulce, tworząc na pół szalonego, amoralnego socjopatę. Sekunduje mu Daniel Radcliffe jako Igor, chodzące sumienie Frankensteina i jego nieco przerażony wspólnik. Obu panom wystarczy jedynie trochę wiktoriańskich fatałaszków, średnio zborny scenariusz i - od czasu do czasu - iskra reżyserskiej pomysłowości, by zafundować widzom prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Victor Frankenstein nie zebrał entuzjastycznych recenzji. Trudno się temu dziwić. Z drugiej strony niekłamany entuzjazm, którym emanuje, czyni go rozkosznie kampowym i bliskim sercu. Ostatecznie co może być lepszego niż dwójka dobrych przyjaciół w tarapatach? Jedynie dwójka siejących grozę i zniszczenie naukowców, którzy sami są uosobieniem kłopotów.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook